Peptydy od kilku lat są jednym z najczęściej wykorzystywanych haseł w kosmetologii przeciwstarzeniowej. Pojawiają się w serum, kremach, ampułkach i maskach, często w towarzystwie obietnic wygładzenia zmarszczek, ujędrnienia skóry i „sygnału do produkcji kolagenu”. Problem polega na tym, że pod pojęciem peptydów kryje się bardzo szeroka grupa związków, a ich realne działanie zależy nie od samej obecności w składzie, lecz od rodzaju, stężenia, stabilności oraz całej formulacji produktu.
Peptydy to krótkie łańcuchy aminokwasów, będące fragmentami większych białek. W skórze pełnią funkcję sygnałową – mogą informować komórki o uszkodzeniach, regulować procesy regeneracyjne i wpływać na aktywność fibroblastów. W teorii brzmi to jak idealny składnik anti-aging. W praktyce jednak tylko część peptydów ma potwierdzone, mierzalne działanie w badaniach in vivo.
Najlepiej udokumentowane są peptydy sygnałowe, które naśladują fragmenty kolagenu lub elastyny. Ich zadaniem nie jest bezpośrednie „dostarczanie kolagenu”, lecz wysyłanie do fibroblastów informacji, że doszło do degradacji macierzy skóry i warto uruchomić procesy naprawcze. Przy regularnym stosowaniu mogą poprawiać elastyczność skóry, jej gęstość i sprężystość, choć efekt ten jest subtelny i narasta stopniowo. To składniki, które realnie wspierają skórę dojrzałą, cienką i tracącą jędrność, ale nie działają spektakularnie ani natychmiastowo.
Drugą grupą peptydów, które mają sens, są peptydy biomimetyczne o działaniu neuromodulującym. Ich popularność wynika z porównań do toksyny botulinowej, choć to zestawienie jest zdecydowanie na wyrost. Peptydy te nie paraliżują mięśni, lecz mogą delikatnie ograniczać przewodnictwo nerwowo-mięśniowe w skórze. W efekcie drobne zmarszczki mimiczne mogą wyglądać na mniej widoczne, szczególnie w okolicy czoła i oczu. Działanie to jest łagodne, odwracalne i widoczne tylko przy regularnym stosowaniu, dlatego traktowanie ich jako „botoks w kremie” jest czysto marketingowe.
Na uwagę zasługują również peptydy miedziowe, które łączą funkcję sygnałową z działaniem regenerującym. Wspierają procesy gojenia, mogą poprawiać jakość skóry, działać przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie. Są szczególnie interesujące w pielęgnacji skóry cienkiej, dojrzałej, po zabiegach oraz w przypadku zaburzonej bariery skórnej. To jedne z nielicznych peptydów, których działanie wykracza poza sam efekt wizualny.
W kontrze do tego stoją peptydy, które pełnią głównie funkcję marketingową. Najczęściej są to peptydy o bardzo dużej masie cząsteczkowej, które nie mają realnej możliwości penetracji skóry, a ich obecność w składzie służy wyłącznie podbiciu komunikacji anti-aging. Równie problematyczne są produkty, w których peptydy występują w śladowych ilościach, daleko w składzie, bez wsparcia odpowiedniego systemu transportu czy stabilizacji. W takich przypadkach ich działanie jest praktycznie pomijalne.
Mitem jest również przekonanie, że im więcej peptydów w jednym kosmetyku, tym lepszy efekt. Nadmiar różnych peptydów w jednej formule nie tylko nie gwarantuje synergii, ale bywa wręcz nieuzasadniony technologicznie. Skóra nie potrzebuje „koktajlu sygnałów”, lecz konkretnych, czytelnych bodźców działających w określonym celu.
Warto też jasno powiedzieć, że peptydy nie zastępują retinoidów, filtrów przeciwsłonecznych ani kwasów. Nie przebudowują skóry tak intensywnie jak retinol, nie chronią przed fotostarzeniem jak SPF i nie działają złuszczająco. Ich rola polega raczej na wspieraniu skóry w regeneracji, poprawie jakości i prewencji starzenia, szczególnie w długofalowej pielęgnacji.
Najlepsze efekty peptydy przynoszą wtedy, gdy są częścią dobrze zaprojektowanej rutyny, opartej na ochronie przeciwsłonecznej, wsparciu bariery skórnej i kontroli stanu zapalnego. To składniki „inteligentne”, ale wymagające cierpliwości i realistycznych oczekiwań.
Podsumowując, peptydy nie są ani cudownym eliksirem młodości, ani pustym trendem. Część z nich ma realne, potwierdzone działanie, inne istnieją głównie w narracji marketingowej. Kluczem jest nie pytanie „czy kosmetyk ma peptydy”, ale jakie peptydy zawiera, w jakiej formie i w jakim kontekście całej formulacji. W pielęgnacji, jak zawsze, wygrywa jakość i konsekwencja, a nie obietnice bez pokrycia.


































