Czas czytania: 3 minuty

Jeszcze chwilę temu to było jedno z tych branżowych „niby wiadomo, ale…”. W gabinetach, na szkoleniach i w komentarzach pod postami przewijało się pytanie: kto może wykonywać zabiegi, które wyglądają jak „estetyka”, ale niosą ryzyko typowo medyczne? Pod koniec stycznia 2026 r. Ministerstwo Zdrowia opublikowało komunikat, który porządkuje temat w sposób możliwie jasny: procedury z zakresu medycyny estetyczno-naprawczej są świadczeniami zdrowotnymi, a więc mogą je wykonywać wyłącznie lekarze oraz lekarze dentyści spełniający określone warunki.

To nie jest rewolucja „z dnia na dzień” w sensie nowej ustawy, ale w praktyce – mocny sygnał. I przede wszystkim: ważna informacja dla pacjentów.

Dwie daty, jedna sprawa: 23 stycznia i 30 stycznia 2026

W obiegu funkcjonują dwie daty, stąd częste zamieszanie. Dokument jest datowany na 23 stycznia 2026 r., natomiast został opublikowany publicznie 30 stycznia 2026 r. na stronie gov.pl. To dlatego część osób mówi „zmieniło się 23 stycznia”, a inni wskazują na koniec miesiąca.

Dlaczego resort mówi „medycyna estetyczno-naprawcza”, a nie „medycyna estetyczna”

W komunikacie Ministerstwo Zdrowia konsekwentnie używa terminu „medycyna estetyczno-naprawcza” i podkreśla, że nie jest to tylko zabieg marketingowy, ale ujęcie merytoryczne. Chodzi o to, że część procedur – choć często wykonywana „dla wyglądu” – wchodzi w zakres działań medycznych: wymaga kwalifikacji, diagnostyki, oceny ryzyka i gotowości do leczenia powikłań.

To jest kluczowe, bo od tego zależy kwalifikacja prawna: jeśli coś jest świadczeniem zdrowotnym, musi być wykonywane w reżimie właściwym dla działalności leczniczej.

Najważniejsza teza komunikatu: to świadczenia zdrowotne, więc wykonują je lekarze

Ministerstwo Zdrowia wskazuje wprost, że procedury medycyny estetyczno-naprawczej należy traktować jako świadczenia zdrowotne. A skoro tak, to uprawnienia do ich wykonywania mają wyłącznie lekarze i lekarze dentyści. Co istotne: resort doprecyzowuje, że chodzi o lekarzy posiadających prawo wykonywania zawodu na czas nieokreślony oraz takich, którzy odbyli dodatkowe szkolenia i uzyskali certyfikaty w tym zakresie.

W komunikacie znalazł się też szczególnie cytowany fragment podpisany przez podsekretarz stanu Katarzynę Kęcką: „prawodawca (…) wpisuje te procedury w zakres pojęciowy świadczenia zdrowotnego”. To zdanie jest ważne, bo pokazuje intencję: państwo traktuje te działania jako część systemu ochrony zdrowia, a nie usługę beauty.

„To tylko zabieg techniczny” – dlaczego resort się z tym nie zgadza

W komunikacie podkreślono, że procedury wykonywane z użyciem m.in. toksyny botulinowej, wypełniaczy czy urządzeń medycznych nie są „zabiegami technicznymi”, tylko procesem medycznym. Dlaczego? Bo wymagają kwalifikacji pacjenta, wywiadu, badania, czasem diagnostyki, oceny przeciwwskazań i – co najważniejsze – kompetencji do leczenia powikłań.

Resort wskazuje też wprost, że są to świadczenia o podwyższonym ryzyku, w tym ryzyku powikłań zagrażających zdrowiu (a w skrajnych przypadkach życiu). Ten argument jest fundamentem ograniczenia uprawnień do osób z wykształceniem lekarskim.

Certyfikat po kursie nie daje prawa do wykonywania procedur

To jeden z najmocniejszych punktów komunikatu i jednocześnie najbardziej „drażliwy” dla rynku szkoleń. Ministerstwo Zdrowia zaznacza, że certyfikaty zdobyte na komercyjnych kursach przez osoby niebędące lekarzami nie mają mocy prawnej w kontekście nadawania uprawnień – potwierdzają jedynie udział w szkoleniu.

Resort pisze wprost, że osobą nieuprawnioną do wykonywania procedur medycyny estetyczno-naprawczej jest każda osoba bez kwalifikacji zawodowych lekarza, a więc również kosmetolodzy i kosmetyczki – nawet jeśli posiadają certyfikaty ukończenia szkoleń.

Kod 028 i „certyfikowana umiejętność zawodowa” – co to oznacza dla branży

W komunikacie przywołano, że medycyna estetyczno-naprawcza funkcjonuje jako certyfikowana umiejętność zawodowa lekarzy i lekarzy dentystów (w standardach: kod 028). To ważne, bo porządkuje formalnie, że mówimy o kompetencji przynależnej do zawodu lekarza, a nie o „umiejętności, którą może zdobyć każdy po kursie”.

A co z urządzeniami: laser, HIFU, plazma?

Komunikat zwraca uwagę na odpowiedzialność producentów urządzeń i status wyrobów medycznych. W praktyce: jeśli urządzenie jest określone jako medyczne, a producent w dokumentacji nie wskazuje kwalifikacji innych użytkowników, resort przyjmuje, że obsługa powinna należeć do lekarza (czasem – zależnie od przeznaczenia – także do innych pracowników medycznych, jeśli producent to dopuszcza).

To ważny detal, bo w gabinetach często miesza się język reklamowy („laser na przebarwienia”) z językiem formalnym (wyrób medyczny i jego instrukcja). A to właśnie dokumentacja jest tu punktem odniesienia.

Co to oznacza dla pacjentów: prosta checklista bezpieczeństwa

Jeśli jesteś po tej stronie, gdzie chodzi o Twoją twarz i Twoje zdrowie, komunikat MZ sprowadza się do prostego wniosku: zabiegi wysokiego ryzyka powinny być prowadzone przez lekarza od początku do końca.

W praktyce warto pytać o trzy rzeczy:
czy zabieg wykonuje lekarz/lekarz dentysta, jak wygląda kwalifikacja (wywiad i przeciwwskazania) oraz jak gabinet postępuje w razie powikłań. Jeżeli ktoś ucina temat zdaniem „to bezpieczne, bo robię to codziennie” – to nie jest odpowiedź medyczna, tylko marketingowa.

Co naprawdę „zmieniło się” po komunikacie

Komunikat nie rozwiązuje wszystkich sporów w branży i nie zastępuje ustawowej regulacji zawodów niemedycznych. Ale robi rzecz kluczową: wprost wskazuje, że procedury medycyny estetyczno-naprawczej to świadczenia zdrowotne zastrzeżone dla lekarzy i lekarzy dentystów, a certyfikaty po kursach nie tworzą uprawnień do wykonywania procedur medycznych.