Historia, w której granica między snem, a rzeczywistością przestaje istnieć. O tym, że głęboko skrywany sekret może okazać się śmiertelnie niebezpieczny.

Łucja, na pozór zwyczajna osiemnastolatka, spędza czas na spotkaniach z przyjaciółmi, nauce i niekończących się konfliktach z rodzicami. Jednak szybko okazuje się, że jej problemy mocno różnią się od problemów „normalnej nastolatki”. Od dziecka ma niezwykle realistyczne sny, które ciężko jej odróżnić od rzeczywistości. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy pewnej nocy spotyka tajemniczego chłopaka, który wywraca jej życie do góry nogami.

Natalia Klewicz „Czy to sen?”, wyd. YA!

Premiera 9 lutego

Biogram autorki

Natalia Klewicz (ur. 28.11.2000 r. w Gdańsku) – polska wokalistka, autorka tekstów i muzyki, obecnie działająca w
muzycznym duecie Twenty, studentka dziennikarstwa i miłośniczka teatru. Mając 16 lat rozpoczęła swoją przygodę z
mediami w projekcie muzyczno- telewizyjnym My3, podczas którego wydała cztery płyty oraz prowadziła
program telewizyjny na antenie telewizji Polsat. „Czy to sen?” to jej debiutancka powieść.

Fragment:

Zawsze miałam bardzo realistyczne sny. Często budziłam się rano, nie wiedząc, czy to, co mi się śniło, było wytworem wyobraźni, czy może wydarzyło się naprawdę. Chyba każdy zna to uczucie, kiedy w nocy nawiedzają nas koszmary, zrywamy się ze strachu z łóżka, by dopiero po chwili zrozumieć, że to, co właśnie przeżyliśmy, było zaledwie snem. Moje sny są tak realistyczne, że czasami „dojście do siebie” zajmuje mi kilka godzin. Za każdym razem, gdy zamykam oczy, przeżywam coś nie dość, że dużo ciekawszego od normalnego życia, to jeszcze dziwnie… prawdziwego. Jakbym śniąc, przenosiła się do innej rzeczywistości. Milczałam. Wiedziałam, co powie Szetkow: „Zgadza się, Łucjo, masz niezwykle bujną wyobraźnię, ale może powinniśmy się skupić na twoich problemach z atakami paniki?”. Milczałam więc. Kiedy otworzyłam się przed tą miłą doktorką, właśnie to przekazała mamie – że mam bujną wyobraźnię, a moje kłopoty ze snami znikną, gdy poświęcimy się temu, co jest moim najpoważniejszym problemem. Byłam wtedy w pierwszej gimnazjum, ale nawet ja zrozumiałam, że pani Rogożowska nie potrafi mi pomoc. Milczałam i później, milczałam i
teraz.

– Hmm…

– Szetkow zdjął okulary, delikatnie zmienił pozycję i zmarszczył brwi. – Hmmm… – Ponownie westchnął, tym razem głośniej. – Łucjo, czy jest coś jeszcze, o czym chciałabyś porozmawiać? – wyrzucił z siebie w końcu. Podczas całego spotkania wymieniliśmy niewiele zdań. Nie chciałam rozmawiać. Zapadła niezręczna cisza. Przemknęło mi przez głowę, że wszystkie wtorki do końca świata będą wyglądać właśnie tak. Niezręczna cisza na kolejnej głupiej terapii.
– Kończy nam się czas, Łucjo, pozwolę sobie zaprosić twoją mamę do gabinetu.

– Szetkow wstał i nie czekając na moją odpowiedź, uchylił drzwi.
Mama weszła trochę niepewna i jak zwykle pełna nadziei. Jedno spojrzenie i wiedziała. Wyprostowała się i zrozumiałam, że – jeśli będzie trzeba – jest zdecydowana sama przejść tę terapię.
– Łucja od małego przychodziła do mnie i opowiadała niestworzone historie

– powiedziała, siadając na sofie obok mnie. Nie objęła mnie jednak, nie będzie wspólnego frontu przeciw terapeucie. – Kiedyś powiedziała, że cieszy się, że poszłam z nią dzień wcześniej do kina, a przecież cały wieczór siedziałyśmy w domu. Panie doktorze…

– Lekka pauza w jej wypowiedzi nadała nieco dramaturgii. – Takich sytuacji jest mnóstwo. Łucja
leczyła się również psychiatrycznie.
– Tak było, Łucjo? – Szetkow spojrzał w moją stronę, chciał z powrotem włączyć mnie do rozmowy, tak jakby prowadzenie terapii z moją mamą również nie było dla niego komfortowe. Przynajmniej nie zapominał, że to głownie ze mną powinien rozmawiać.

– Tak – odpowiedziała mama dziwnie cicho, nie zważając na to, że pytanie nie było do niej. – Kiedy była młodsza i zaczęły się ataki paniki, stany lękowe, a potem ta depresja, musieliśmy coś zrobić. – Mama westchnęła głośno i wyciągnęła do mnie rękę, jakby to ona potrzebowała wsparcia. – Rozmawialiście o atakach, tak? – zwróciła się do mnie.
– Wspomniałam. – To była prawda, tyle że po kilku pytaniach ucięłam temat. Nie chciałam znów tego rozgrzebywać. W ogóle nie chciałam tu być.

– Doktor Walczak zdiagnozowała to wszystko i przepisała leki. Pomogły Łucji wyjść z depresji, ale i tak problem ataków paniki nie zniknął. Mam wrażenie, że Łucja radzi sobie coraz lepiej, ale widzę po niej, że nie potrafi się skoncentrować, buja w obłokach, jest stale zamyślona, zmęczona. Zresztą, co nam z tego, że nauczyła się z tym funkcjonować? Dalej
nie wiemy, skąd się wzięły i dlaczego nie da się ich pozbyć!

– Jak często występują te ataki? – zapytał Szetkow, a mama zmroziła mnie wzrokiem. Domyśliła się, że tylko przyznałam się do ataków i nie powiedziałam o nich nic więcej.
– Zależy – odpowiedziałam.
– Zazwyczaj kilka razy w tygodniu – dodała. No i się zaczęło. Mama puściła moją dłoń, a każde słowo, które wypływało z jej ust, było głośniejsze od poprzedniego. Strasznie tego nie lubiłam. Uparła się, że pojedzie ze mną na terapię, choć – szczerze mówiąc – dużo lepiej czułabym się, gdyby jej tu nie było.

Źródło: Materiały prasowe